Menu

może od poniedziałku będzie normalnie

...

Kot

salmiaki

- Kochanie, mamy kota! - moi mężczyźni przywitali mnie radośnie tymi słowami w progu.

- Kota???? No nie... Oddajcie kotka, bo u nas nie ma warunków dla kota.- Ale kotek był cudowny. Rudasek malutki siedział przestraszony. Śliczności.

Kotek był charakterny, nawet u weterynarza miał własne zdanie. Za dnia się chował tak, że nie mogliśmy go znaleźć, a w nocy.... W nocy dużo się działo. Biegi przełajowe najczęściej przez nasze łóżko, skoki przez przeszkody, atak oliwki, turlanie kulek i orzechów, atak naszych stóp i płacz, żeby wyczyścić kuwetę, bo mu się chce kolejny raz tej nocy, a nie będzie uczęszczał do toalety nieuprzątniętej.

Kot był męża, więc sprzątanie też należało do niego. Ufff...

Minęły może 2 tygodnie, postanowiłam kotu pokazać taras za oknem. Nie chciał wyjść,  ale któregoś dnia zobaczył ptaki w karmniku i poszedł na polowanie. Pół nocy stałam w oknie i wołałam Kocurka. Kolejne pół nocy beczałam, że przez moją głupotę kocurek się rozchoruje na zapalenie oskrzeli bo właśnie spadł pierwszy śnieg, albo go zjedzą, albo nie wróci. Po 2 dniach wrócił ale za bardzo nie chciał do domu, podstępem musiałam go złapać.

Potem pojechaliśmy na narty z kotkiem, bo komu zostawimy kotka niewykastrowanego, który prowadzi intensywne nocne życie? 

Potem kotka zabraliśmy nad morze. Też nie narzekał, ale w drodze powrotnej zaczął dokazywać.

-Pewnie chce siku, w bagażniku mamy kuwetę.

Mąż otworzył bagażnik, a kot w nogi.

Godzinę biegalismy wkoło jakiegoś domu z latarkami. Próbowaliśmy po dobroci, na kiełbaskę, próbowaliśmy mu przemówić do rozumu, błagaliśmy na kolanach... Wszystko na nic. Kot, jak wyjaśniły mi dzieci wybrał większy dom, 100 km od naszego, żebyśmy go za często nie odwiedzali.

Któregoś dnia mąż zapukał do drzwi willi, rozmawiał z właścicielką, która twierdziła, że go karmiła parę dni, ale kot zniknął. Myślimy, że mieszka u niej.

Odtąd dzieci nie chcą już kota, ja tęsknię do teraz, ale nie chcę innego, a mąż o mały włos, a przyniósłby kolejnego... 

Niestety... W naszej rodzinie nawet kot nie wytrzymał.

Komentarze (5)

Dodaj komentarz
  • marga77

    pierwszym błędem jest uczłowieczanie zwierzaków, że niby myślą i postępują jak ludzie, gdyby tak było nie byliby zwierzętami, a ludźmi :)
    zarówno kot, jak i pies czy koń musi być przez człowieka wychowany tak, aby obu stronom było dobrze, kot, królik czy świnka morska do tego, musi egzystować w minimum parze, taka ich natura, że samodzielnie to żyją, jakby nie mieli nóg, no i kastracja to podstawa jeżeli się nie prowadzi hodowli, to wszystko można określić jednym zdaniem, a mianowicie jak się planuje przybycie nowego członka rodziny, należy to dokładnie przemyśleć, a potem starannie i dokładnie stworzyć mu dom, nowo narodzonego dziecka też się przecież nie puszcza w samopas prawda? :)

  • salmiaki

    Wszystko prawda Marga :)
    Ja wiedziałam, że będziesz pod kocim postem pierwsza!
    Zapomniałam dodać, że przez kota trafiłam do społeczności kociarzy, a raczej kociar i gdyby to dłużej trwało dorobilabym się własnej miotły i bywała na zlotach. Właściciele kotów naprawdę są inni i trzymają się razem. Świetne wspomnienia.

  • marga77

    nie jestem kociara, jestem zwierzara, koty mam dopiero od niespełna dwudziestu lat, przedtem były psy, był także i koń, a w tym samym czasie Świniary morskie i chomiki, zajmowałam się także na bardzo poważnie hodowla bojowników syjamskich, znaczy rybek, bo inne też miałam, ale z bojownikami jeździłam na wystawy po medale nawet, z rybami to na prawdę ciężka praca jest, jak się chce mieć jakieś wyjątkowe :)

    w Portugalii będą i koty, i psy, i konie, ryb na pewno nie :)))

  • marga77

    tu pisałam o psach mojego życia :)

    a tutaj o kotach, Merlin był już w brzuchu u Bejbi w tym czasie :)

  • annazadroza

    Pewne jest jedno: po stosunku do zwierząt poznaję ludzi. A dom bez zwierzaka jest pusty, taki wybrakowany. Bez książek też wybrakowany.

© może od poniedziałku będzie normalnie
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci